Porady Życie zawodowe Za dużo, za głośno, za szybko, czyli przeciążony umysł pracownika
30.03.2021  | 7 min czytania

Za dużo, za głośno, za szybko, czyli przeciążony umysł pracownika

30.03.2021  | 7 min czytania
Autor wpisu Pracuj.pl
Ocena treści
(4)

psychologia w pracy

Akcja: mobilizacja! Spinasz się, adrenalina idzie w górę, hormony stresu pomagają utrzymać szybkie tempo działania. Ale... zamiast relaksu po dużym wysiłku znów wpadasz w wir obowiązków, bombardowany różnymi obrazami i komunikatami. I znów: mobilizacja! Do czego to prowadzi, co się dzieje z przytłoczonym mózgiem i jak sobie radzić z nadmiarem bodźców rozmawiamy z dr Lidią D. Czarkowską, psycholożką, socjolożką i antropolożką, dyrektor Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego.

„Bodźce”, „nadmiar rozpraszaczy”, „przeciążenie”, „pobudzenie” to hasła towarzyszące współczesnemu człowiekowi. Bo świat, w którym żyjemy, coraz bardziej pędzi i diametralnie się zmienia. Gdyby więc człowiek XIX wieku wszedł do galerii handlowej albo wziął udział w przejażdżce samochodowej ulicami dużych miast, to zapewne mógłby doznać szoku. Jak to jest, że z czasem przystosowujemy się do zmian i potrafimy funkcjonować w otoczeniu wielu bodźców?

Lidia D. Czarkowska

fot. Tomasz Stojek

Pamiętam, że były kiedyś przeprowadzone badania, które dały bardzo obrazowe porównanie. Okazało się, że ilość bodźców na jakie musieli zareagować nasi przodkowie sprzed np. 100 lat, pracując w polu i orząc ziemię przez dwa tygodnie, jest taka jak ilość bodźców, na które reaguje współczesny człowiek jadący samochodem po mieście przez zaledwie piętnaście minut. Oczywiście to nie tak, że w dawnych czasach ludzie nie doświadczali czasem przemęczenia, nie mieli problemów, nie zmagali się z przeciwnościami. Mieli różne trudności i starali się je rozwiązywać, ale w dzisiejszych czasach symptomatyczna jest właśnie ta mnogość czy wręcz nadmiar bodźców napływających do nas z każdej strony. Kolorów, dźwięków, interakcji, wiadomości. Nasi przodkowie nie znali gadżetów, urządzeń elektronicznych i mechanizmów reklamowych sprawiających, że uwaga jest nieustannie przerzucana z jednej rzeczy na drugą. Nie było dawniej „haków uwagi” i takiego zalewu informacji do szybkiego przetworzenia. To wszystko powoduje bardzo silne obciążenie układu nerwowego. Czy my się do takiego świata przystosowaliśmy? Tylko do pewnego stopnia i wcale nie jestem pewna, czy nam to wychodzi na dobre. Cierpi na tym wiele aspektów naszego życia. Dlatego ci, którzy to dostrzegają i są świadomości konsekwencji przebodźcowania, starają się odcinać, wyciszać, ograniczać dostęp do multimediów, robić detoks informacyjny, uciekać na łono natury, praktykować mindfulness. Po to, by zadbać o swoją równowagę i zdrowie psychiczne.

Co się dzieje z ludzkim mózgiem, który jest atakowany bodźcami? Jak organizm to znosi?

Przebodźcowanie jest jednym ze znaczących mechanizmów stresogennych dla naszego układu nerwowego. Reakcja na nadmiar bodźców, która powstaje w organizmie, jest typową reakcją stresową. Najpierw podnosi się adrenalina i noradrenalina, które powodują m.in. napływ krwi do mięśni szkieletowych i przyspieszone bicie serca, czasem nawet skurcze żołądka i zatrzymanie wody w organizmie. Jeśli bodziec jest silnie aktywujący, jesteśmy gotowi do reakcji w postaci walki lub ucieczki, natomiast bardzo intensywny i niespodziewany bodziec może wręcz wywołać w nas paraliż. Jeżeli sytuacja jest wyzwaniem długookresowym rośnie też poziom kortyzolu – hormonu mobilizacji. Jeśli nie wejdziemy w działanie, nie podejmiemy aktywności, ale dalej będziemy bombardowani nowymi zagrażającymi bodźcami, to dojdzie do zakłócenia procesów fizjologicznych. Kiedy jesteśmy zatem w mobilizacji, ale ona nie prowadzi do rozładowania napięcia przez działanie – na dłuższą metę zakłóca to funkcjonowanie organizmu całościowo i na poziomie procesów fizjologicznych, poznawczych i emocjonalnych.

Jak długo możemy być w takim stanie bez negatywnego wpływu na zdrowie?

Wysoka mobilizacja na dwa tygodnie, a nawet trzy, cztery miesiące jest dla naszego organizmu w porządku. Możemy wtedy wydatkować dużo naszej energii i na przykład pracować na bardzo wysokich obrotach, śpiąc mniej i nie odczuwając zmęczenia. To trochę jak w trakcie sesji na studiach - studenci uczą się intensywnie i przygotowują do egzaminów, dają z siebie wszystko, jest to dla nich konkretny, krótkookresowy wysiłek, intensywna praca. Poziom adrenaliny i kortyzolu jest wtedy wysoki, ale to jest w porządku, bo te hormony pobudzają do aktywności, sprawiają, że się angażujemy, doraźnie mamy nawet lepszą pamięć i uwagę i wtedy skutecznie odpowiadamy na potencjalne zagrożenie czy wyzwanie. Ale po intensywnym czasie nauki przychodzi czas rozluźnienia, regeneracji, kortyzol spada i organizm wraca do równowagi. W normalnych warunkach okresowo podniesiony kortyzol nam służy, ponieważ przez niedługi czas możemy być na tzw. haju kortyzolowym, tylko ważne jest, aby po poradzeniu sobie z danym wyzwaniem przyszedł czas spokoju, aby mogło nastąpić jego obniżenie. Tak jesteśmy zaprogramowani biologicznie, to nam nie przeszkadza, pod warunkiem, że jest miejsce właśnie na te okresy odpoczynku i regeneracji. Nasi przodkowie żyli według określonego zegara wyznaczanego przez pory roku. Był czas zasiewu, czas żniw, wykopków, robienia zapasów na zimę. Ale pomiędzy tymi okresami mobilizacji i zwiększonej pracy były też okresy odprężenia, świętowania, gdy żyło się wolniej, zbierało siły, cieszyło względnym spokojem. Takie cykle towarzyszyły też ludności nomadycznej, która wspólnie wędrowała, dążyła do jakiegoś miejsca, a więc mobilizowała się do działania, a później robiła sobie przerwy na uzupełnianie zapasów i regenerację. Współcześnie wygląda to zupełnie inaczej, ponieważ niemal non stop jesteśmy w stanie mobilizacji. Zaczynamy jakiś projekt, ale zanim go skończymy, już ruszamy z kolejnym. Nierzadko prowadzimy kilka projektów równocześnie, „na zakładkę”.

Myślę, że od kiedy wybuchła pandemia koronawirusa, to w takiej fazie przeciążenia jest wielu polskich pracowników i przedsiębiorców...

Tak, na tym przykładzie doskonale widać, że w trakcie pierwszej fali koronawirusa wielu pracodawców i pracowników mocno się zmobilizowało, żeby zawalczyć o swoją pracę, nauczyć się błyskawicznie skutecznego działania w świecie on-line. Działaliśmy szybko, dynamicznie, była przyspieszona transformacja cyfrowa, uczyliśmy się nowych rzeczy, tworzyliśmy nowe strategie, oferty, produkty, szukaliśmy alternatyw dla dotychczasowej działalności, jeśli okazało się, że konieczna jest zmiana, zajmowaliśmy się pracą i jednocześnie domem, dziećmi. Kilka pierwszych miesięcy takiego haju kortyzolowego działa wspierająco, ale później - gdy mija zagrożenie - organizm powinien się zregenerować i cieszyć spokojniejszym życiem. I w niektórych wypadkach tak pewnie było - bo przyzwyczailiśmy się do tej nowej sytuacji, zaadaptowaliśmy się do nowych warunków, wypracowaliśmy nowe strategia radzenia sobie z wyzwaniami, więc mogliśmy nieco wyhamować, odpuścić, odprężyć się. Ale każdy z nas ma inną sytuację. Są branże, w których napięcie jest cały czas wysokie, a miejsca pracy zagrożone, część osób straciła przychody, niektórzy borykali się z chorobą własną lub bliskich, więc część osób życie w strachu i ciągłym silnym stresie. Jeśli kortyzol nie obniży się, to po kilku miesiącach pojawia się faza wyczerpania.

Dni bez pracy pełne pytań i emocji

Co się wówczas dzieje?

Rozmaite zakłócenia snu: niemożność zaśnięcia wieczorem pomimo odczuwanego zmęczenia, płytki sen, zrywanie się w nocy w stanie dużego niepokoju lub złości, budzenie się z powodu każdego najmniejszego szelestu, i rano… zmęczenie mimo przespanej nocy. To pokazuje, że są tematy dla nas trudne, które spychamy do podświadomości, nie chcemy o nich myśleć, ale one dają o sobie znać właśnie w nocy, podczas snu. Jest to sygnał, że coś wymaga naszej uwagi, troski. Jest kilkanaście oznak chronicznego stresu, a wśród nich zaburzenia układu trawiennego, skóry, apetytu, popędu. Zmiany odnoszą się też do naszych reakcji - niezależnie od temperamentu stajemy się bardziej wybuchowi, łatwiej wchodzimy w złość, smutek - aż sami jesteśmy zaskoczeni swoimi reakcjami. Gdy czujemy się przeładowani, przeciążeni, to nie potrafimy działać efektywnie. Zmęczenie i brak energii powodują wówczas, że w czasie wolnym teoretycznie możemy coś zrobić dla siebie, na przykład poćwiczyć, pójść na spacer, przygotować zdrowy posiłek, ale brakuje nam woli i motywacji. Pojawia się tzw. zjazd energetyczny, wybieramy na przykład leżenie przed telewizorem i zajadanie słodyczy czy fast foodów. Może być też tak, że przez cały dzień mamy ściśnięty żołądek, a wieczorem wręcz objadamy się. Te reakcje fizjologiczne są też mocno połączone z emocjami i naszym stanem psychicznym.

Jak skutecznie radzić sobie ze stresem?

Dr Stuart Shanker, ekspert od samoregulacji, mówi w swojej książce „Self-Reg” o „błędnym kole stresu” – „nakładające się na siebie stresory powodują przeciążenie systemu”. Czytamy również o tym, że „pobudzenie nie jest naszym wrogiem. Jest nam potrzebne, kiedy musimy przejść od snu do jawy, od marzenia na jawie do stanu uważności, do zabawy do pracy. To normalne i zdrowe, że dokonujemy regulacji w górę, aby przechodzić przez te stadia, co wymaga lekkiego wzrostu poziomu energii”. Trudności pojawia się wtedy, gdy nastąpi wspomniane przeciążenie.

Tak, zdecydowanie reakcje lękowe aktywizują nasze stare części mózgu, tzw. mózg gadzi i ssaczy – cała sztuka powrotu do lepszego funkcjonowania będzie polegała na tym, czy nauczymy się świadomie zarządzać własnym stanem – i wracać do takiej uważności, kiedy możliwe jest używanie funkcji korowych. Mogą w tym pomóc zarówno praktyki oddechowe, ćwiczenia relaksacyjne, nauka podstaw samoregulacji emocjonalnej – to, co oferuje podejście behawioralno-poznawcze w psychologii, lub praktykowanie uważności i medytacji… a nawet zdrowych nawyków, dotyczących odpowiednych godzin snu, regularnego ruchu fizycznego i diety bogatej w witaminy i minerały, opartej o węglowodany złożone – czyli warzywa i owoce. Wszystko po to, aby zwiększać samoświadomość i uczyć się, jak mieć konstruktywny wpływ na własne myśli, emocje i samopoczucie.

Przeciążenie różnymi bodźcami i zdarzeniami może prowadzić do stresu i zmęczenia. Z tym wiążą się też problemy z koncentracją. Gdy czujemy się przytłoczeni, to trudniej nam się skupić na zadaniu. A wówczas, sfrustrowani spadkiem efektywności, jeszcze bardziej się denerwujemy. Jak wyrwać się z tego błędnego koła?

W przypadku chronicznego stresu i przebodźcowania może pojawić się zakłócenie polegające na zaniku pamięci, czyli przeciążenie pamięci operacyjnej. Okazuje się wówczas, że nawet jeśli mamy w aplikacji i kalendarzu wpisane ważne informacji, to i tak o nich zapominamy. To się tyczy też prostych czynności - odkładamy klucze i nie pamiętamy gdzie. Wysyłamy mail do przełożonego i zapominamy o tym, a później w nerwach biegniemy do komputera, żeby koniecznie wysłać spóźnioną wiadomość, i odkrywamy, że już to wcześniej zrobiliśmy. Są to więc zakłócenia pamięci bieżącej, wynikające nie z choroby, a z przemęczenia i przeładowania. Zaczynamy coś, przerywamy, znów zaczynamy i znów nie kończymy – nasz mózg nie znosi tego stanu, bo cały czas przetwarza to jako zadanie do dokończenia. Takiemu przebodźcowaniu towarzyszy też nadreaktywność zmysłowa, która również jest wpisana w naszą naturę - nasi przodkowie musieli wyostrzać wzrok i słuch i zachowywać czujność, aby wykryć zagrożenie. U współczesnego człowieka, który jest przeciążony bodźcami i pracą, pojawia się wyczulenie na hałas, nie umie się on skupić na pracy przy komputerze, jeśli słyszy jakieś odgłosy za oknem, za ścianą itd. Najdrobniejsza rzecz go odrywa od zadania, dekoncentruje, wybija z rytmu i wkurza. Natrętne, niepokojące myśli pojawiają się też nawet wtedy, gdy się relaksuje, więc efekt jest taki, że nawet w czasie wolnym ma dużą trudność, żeby naprawdę się odprężyć i wypocząć. Co z tym robić? Przede wszystkim starać się nie dopuścić do takiego stanu i zadbać o swoje potrzeby fizjologiczne, regularny sen i posiłki, ruch na powietrzu. Gdy odrywamy się od pracy, to zamiast surfować po Internecie, wybierzmy jakieś wyciszające formy relaksu. Leżenie w ciszy, kąpiel przy świecach, spacer po pustym parku - to takie przykładowe sposoby, jak można ograniczać bodźce. Coraz modniejsza jest też filozofia mindfulness oraz techniki oddechowe, relaksacyjne, wizualizacje. Polecam na przykład trening autogeniczny i trening Schulza, dzięki którym można rozluźniać mięśnie i wnętrze organizmu, skanować swoje ciało, zawężać koncentrację do jednego czy dwóch sygnałów i obserwować swój oddech.

Mówi Pani, że mózg nie lubi wielozadaniowości, ale przecież to przeskakiwanie z jednej czynności do drugiej wydaje się wpisane w naszą codzienność, zwłaszcza teraz, w czasach pandemicznych, w dobie home office...

Tak, istnieje opisany w psychologii poznawczej „efekt Zeigarnik” – Pani profesor, która zapraszała ludzi do rozwiązywania wielu zadań i zanim skończyli jedno – prosiła, aby przerzucali się na kolejne. Powstają w ten sposób tzw. „otwarte pętle” – mózg tego bardzo nie lubi, bo cały czas utrzymuje w tle pamięć o tym, do czego trzeba będzie wrócić i co dokończyć… Dlatego jeśli tylko to od nas zależy, nie przerywajmy sobie czynności zaczętej w trakcie i nie przerzucajmy się do kolejnej. A jeżeli na koniec dnia i tak mamy kilka spraw zaczętych i niedokończonych – to aby móc „mentalnie” wyjść z pracy – warto zapisać sobie je na małej karteczce, czyli „zaparkować je” i zostawić na biurku, mając świadomość że nic nam nie umknie, a jutro, kiedy rano siądziemy znów do pracy, będziemy mogli do nich wrócić. To prosta sztuczka, która może nam pomóc psychicznie „wyjść z pracy” o określonej godzinie i nie wracać do tych tematów w czasie dla nas wolnym, nawet jeśli pracowaliśmy z własnego salonu czy jadani w domu.

A z czego wynika to, że jedne osoby lepiej sobie radzą w warunkach typu open space i potrafią pracować przy głośnej muzyce, podczas gdy inni bardziej potrzebują ciszy i samotności?

Jak skutecznie pracować w open space?

Zwykle jest to uzależnione od predyspozycji systemu nerwowego. Są osoby mniej odporne na bodźce i typy osobowości potrzebujące, wręcz dążące do większej stymulacji i bodźców. A zatem rolę grają tutaj czynniki genetyczne, wrodzone. W klasycznej klasyfikacji typ melancholijny jest wysoce wrażliwy na bodźce, odbiera świat bardzo intensywnie. Dźwięki muzyki, które według sangwinika nie będą głośne, dla melancholika mogą być już przytłaczające. To samo tyczy się kolorów, smaków, zapachów. Melancholicy będą się dobrze czuć w kameralnej przestrzeni, wśród stonowanych kolorów. Będą sięgać po sprawdzone i proste smaki. A sangwinicy będą szukać nowości, mocnych wrażeń, intensywnych kolorów, kontrastowych i kolorowych bodźców, bo to ich stymuluje. Z kolei cholerycy i flegmatycy prezentują umiarkowaną postawę, czyli między jednym a drugim biegunem. Jak więc widać, ten sam bodziec wywołuje różne reakcje w zależności od tego, jaka jest wrażliwość systemu nerwowego.

Osobom tzw. wysoko wrażliwym też może doskwierać wielość bodźców, prawda?

Emocje w pracy - jak sobie z nimi radzić?

Tak, i dodatkowo tutaj mówimy o jeszcze nieco innej wrażliwości - emocjonalnej. Takie osoby mocno rezonują z innymi, współodczuwają, czyli w sposób totalny chłoną nastroje i emocje innych ludzi, mają bardzo silnie rozwiniętą empatię. To dla nich duże obciążenie, a w połączeniu z otaczającymi ich bodźcami, szybkim tempem życia i stresującą pracą to dodatkowo może wywoływać uczucie przeładowania i przytłoczenia. Dlatego ważne jest też słuchanie sygnałów z własnego ciała także w kontakcie z innymi ludźmi. Wybieranie w czasie wolnym takiego towarzystwa, które pomaga nam poczuć się dobrze, odzyskać spokój i energię i podnieść nastrój. Generalnie pozwólmy sobie na uważność na samych siebie, po to aby zdawać sobie sprawę z własnych potrzeb – i podążać za tym, o co ciało nas prosi.

Porozumienie bez przemocy - Twój sposób na lepszą współpracę

Kreator CV: stwórz za darmo w 3 prostych krokach skuteczne i profesjonalne CV
Stwórz CV
Oceń artykuł